Archive for the 'Patrzenia Sztuka Luc’a' Category

Patrzenia Sztuka Luc’a X – Aëla Labbé – zmysłowe marzenia déjà vu

Dziesiąty, jubileuszowy odcinek Patrzenia Sztuki Luc’a przedstawia młodą Francuzkę, której estetyka i czucie są mi szczególnie bliskie. Jej wizje to marzenia senne pokazujące przebłyski tego, co dzieje się po drugiej stronie lustra; być może jest to też poszukiwanie straconego czasu lub projekcja utraconego raju. Zdjęcia robione jakby w półśnie odurzają niezwykłym wdziękiem, spokojem, wyczuciem światła i koloru. Historie opowiadane przez Labbé płyną z podświadomości i tam też na długo pozostają lub też od zawsze tam były. Cudowna zmysłowość fotografii młodej Francuzki to, jak sama twierdzi, głównie zasługa jej wieloletniej pasji – tańca – której poświęca się od najmłodszych lat. Studiowała nawet teatr i taniec w Amsterdamie, a po powrocie do Francji zainteresowała się fotografią, która, jak uważa, jest mocno z tańcem powiązana.

Labbé jest samoukiem, który czerpie dużo inspiracji ze sztuki tańca, traktując zdjęcia jako formę choreografii, przywiązując szczególną uwagę do składników kompozycji takich jak ciało, przestrzeń i (bez)czas. Wiele z jej zdjęć to uważnie skonstruowane sceny wypełnione nostalgią za czymś nieuchwytnym, tym uczuciem, które wymyka się słowom, oraz melancholijną muzyką kolorów i światła, które zabierają nas nie tyle do fantastycznych, nierealnych i nieosiągalnych światów, ile do historii déjà vu, do momentów, które choć wydają się bliskie, prawie namacalne i znane, wymykają się osi czasu, dryfując gdzieś na peryferiach snów i marzeń.

Aëla Labbé sama o swojej fotografii mówi: „Dzielenie się moimi wizjami jest potrzebą i celem, do którego dążę stale i nieprzerwanie. Patrząc na nasz świat staram się wydobyć z niego ową magię, która niesie ze sobą nadzieję i marzenia. W ten sposób składam jakby przysięgę sama przed sobą by zawsze opierać się materializmowi i brakowi marzeń.”

http://www.flickr.com/photos/aela/

Patrzenia Sztuka Luc’a IX – G Dan Mitchell – Kolory Kalifornii

G Dan Mitchell to kalifornijski fotograf, który poza sporadycznymi wycieczkami do Europy ogranicza się praktycznie wyłącznie do fotografowania swoich okolic, głównie Sierra Nevada, słynnych lasów sekwojowych, spektakularnych wybrzeży Pacyfiku, niesamowitej Death Valley, kosmicznego Mono Lake, Big Sur, przepięknego parku Yosemite oraz pustynnych krajobrazów na wschód od Sierra Nevada. Mitchell zdecydowanie preferuje kolor ale zdarza mu się też robić zdjęcia czarno-białe.

Jest to fotograf doświadczony, który karierę zaczynał w świecie analogowym; być może to właśnie daje mu owo specyficzne poczucie estetyki nieskażone przesadną edycją zdjęć, a skupiające się raczej na kompozycji opartej głownie na liniach krajobrazu i jego kolorach. Najciekawsze prace Kalifornijczyka to według mnie właśnie te, gdzie udowadnia swoją zdolność do widzenia mniej, czyli więcej. Innymi słowy, potrafi on wykroić z pejzażu coś czego być może nie widać na pierwszy rzut oka, a co jako kawałek tortu robi większe wrażenie niż cały tort ze świeczkami włącznie. Innym atutem Amerykanina jest umiejętność fotografowania detali natury – robi to z minimalistyczną w kompozycji estetyką. Kolory co prawda u niego soczyste, ale często ograniczone jedynie do dwóch lub trzech, co sprawia, że zdjęcia wyglądają czasem jak akwarele. Nie inaczej jest w przypadku jego zdjęć miasta. Mitchell ponadto opatruje swoje zdjęcia wyczerpującymi wpisami, których na pewno nikt poza jego znajomymi nie czyta, gdyż należą raczej do długich, a czasem naprawdę warto, bo oprócz typowych dla dzienników podróży zapisków typu - wstałem dzisiaj o 5, nakarmiłem psa, spakowałem aparat, wsiadłem w samochód i … - są też tam informacje o florze i faunie Kalifornii, która wydała na świat nie tylko słynny na całym świecie napis HOLLYWOOD śniący się co noc wielu z nas, ale też i inne okazy. A najlepsze jest właśnie to, że po obejrzeniu fantastycznych zdjęć Mitchell’a człowieka niespodzianie chwyta czasem chęć dowiedzenia się czegoś więcej o tych magicznie wyglądających miejscach i roślinach, a przede wszystkim chęć zobaczenia tych miejsc na własne oczy, polizania czerwonych liści (am I going too far?) i tak dalej.


Zdjęcia Mitchella pokazują Kalifornię taką jaka jest, bez większych manipulacji w postprodukcji (oprócz saturacji i ostrości), nie ma tam sztucznie tworzonego klimatu jako takiego, nie ma tam drugiego dna ani kreacji autora, jest za to zapis nieprawdopodobnie pięknego kawałka Ziemii, który prawdopodobnie ok 20% populacji tej planety chętnie wpisałaby sobie do paszportu jako miejsce zamieszkania, a jeszcze lepiej: urodzenia, choć niekoniecznie ze względu na wdzięki Yosemite czy Death Valley, a raczej na powszechny bling-bling i gwiazdy wmurowane w pewien chodnik przed kiczowatym (z zewnątrz) Kodak Theater, który, nota bene, odwiedza ponad 10 milionów ludzi rocznie (!). Dobrze, że tylko ułamek tej liczby podąża śladami Mitchella, inaczej z lasów i wybrzeża nic(i).


G Dan Mitchell jest, rzekłbym, klasycznym fotografem natury od którego można nauczyć się bardzo wiele oszczędzając na kursach i studiach wyższych, których pan Mitchell (nawiasem mówiąc) nie posiada, bo fotografii uczył go jego ojciec w latach kiedy problemem był raczej brak informacji (zdjęć?) a nie jej nadmiar. O jego długiej karierze i jej początkach można poczytać tu: http://www.gdanmitchell.com/about-2. Co ciekawe, fotograf opowiada tam jak na początku swojej kariery jeździł w teren obciążony kilogramami sprzętu by potem, nieco zniechęcony (wiem o czym mówi), w jakiś sposób poddać się i przerzucić jedynie na turystyczną fotografię wykonywaną małymi aparatami kompaktowymi. Mitchell w pewnym momencie przestał zajmować się fotografią profesjonalnie (lub pół-profesjonalnie) gdyż przygnębiał go ciężar sprzętu i ogrom pracy wykonywany przy tego typu eskapadach. Uratowała go, jak sam twierdzi, era fotografii cyfrowej, która sprawiła że jeden poręczny aparat jest w stanie wyprodukować zdjęcia o bardzo dobrej jakości. Mitchell wrócił do gry (cieszymy się).


Kalifornijczyk z San Jose posiada co prawda stronę oficjalną, ale według mnie niezbyt czytelną, łatwiej i przyjemniej oglądać jego zdjęcia na flickr.

http://www.flickr.com/photos/gdanmitchell/. Mitchell dobija właśnie do 100 strony na flickr, co oznacza ponad 1 700 fotografii (sic!) – jest więc co oglądać w długie ciemne wieczory.


 

Patrzenia Sztuka Luc’a VIII: Nich Hance McElroy – Chłodne Opowieści o Samotności

Niebieskie auto rodem z lat ’60 stoi na szosie pośród morza bieli. Mleczna droga, pobocze i niebo grają w tej samej tonacji. Otwarte dzwi kierowcy ukazują bordową skórzaną tapicerkę samochodu, do którego swobodnie sypie się przez nie śnieg. Karoserię pokrywa cienka warstwa białego puchu. W pobliżu nie ma nikogo. Pod stopami wije się zamarznięty potok rzeźbiący skute lodem purpurowe wzgórza. Na horyzoncie przykryte sutą warstwą cieżkich zimnych chmur rysują się ciemnoszare góry otulane od południa bladym zimowym światłem. Gdzieś w oddali, pośrodku doliny bieli się czerwonodachy dom, do którego syczy jak wąż jedna tylko chwiejna pośród wzgórz ścieżka.

 

 

 

Tak opowiada Nich Hance McElroy, fotograf, jak każdy inny z tego cyklu, bliżej nieznany. W powyższym obrazie połączyłem trzy jego kadry z serii How To Be Alone – nie ma to jednak znaczenia – wszystkie jego zdjęcia mruczą tą samą zimną melodię. Gdy patrzę na te zdjęcia przychodzi mi na myśl daleka Północ, gdziekolwiek by nie była. Pięknie, zupełnie naturalnie budowany nastrój tych zdjęć ma w sobie coś tajemniczego; ale tajemniczego spokojnie. Trudno mi pisać nawet o tym co widzę – takie to wszysto gęste. Najwyraźniej samotność dla McElroy’a nie jest ani niczym brzydkim, ani przygnębiającym, ani tym bardziej nieciekawym i ja to rozumiem. Przeciwnie, samotność McElroya to melancholijna lodowa podróż w ciszę i całe jej dobrodziejstwo. Śniegowe zdjęcie pustego samochodu na poboczu pokrywanego stopniowo zimą przywodzi na myśl genialny film A Single Man, który otwiera podobna bardzo scena. Soundtrack do tego filmu idealnie pasuje zresztą do zdjęć tego fotografa. Ale również na przykład Bon Iver i jego Blood Bank, którego teraz właśnie słucham. Pojawiają się także ludzie i zwierzęta u Nich’a Hance’a. Ale nie mówią. Zamrożeni, zamrożone, patrząc prosto w obiektyw stoją nie w opozycji do lodowego krajobrazu, lecz są jego dopełnieniem, są w niego wtopieni, wtopione. Jakby byli jednym, jakby tam należeli. Skostniali, cicho, spokojnie chłoną nikłe zimowe światło, jakby nie chcieli marnować energi na zbędne ruchy, jakby wiedzieli, że chwile światła są krótkie.

 

 

 

Wpadł mi w oczy parę godzin temu fotograficzny cytat Williama Alberta Allarda. Mówi, że najlepszych zdjęć należy często szukać na marginesach tak zwanych ‘sytuacji’ i że fotografowanie sytuacji, czyli centr uwagi, nie jest nawet w połowie tak interesujące jak fotografowanie owych marginesów. Patrząc na zdjęcia Nich’a Hance’a McElroy’a nasuwa mi się myśl, że fotografowanie tzw sytuacji w porównianiu z szerokimi, spokojnymi marginesami tego fotografa jest nie tylko stratą cennego czasu ale nawet wydaję mi się wręcz obrzydliwe i zbędne. Lepiej przykucnąć na ośnieżonym poboczu, wyjść z samochodu, posmakować bladego światła i zostawić drzwi otwarte. Niech pada.

http://nhmcelroy.com/

ps. Więcej na flickr.

http://www.flickr.com/photos/lawns/

(Oglądnąłem właśnie wszystkie zdjęcia McEloroy’a, a gdy dotarłem do ostatniego zacząłem od nowa. Bo mam czas.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*Luc Kordas – fotograf, zdobywca kilku nagród i wyróżnień z zakresu fotografii, autor publikacji. Zapraszamy na jego stronę: http://luckordas.com/ oraz Luc Kordas on Facebook.

 

 

Patrzenia Sztuka Luc’a (VII) Peter Scammell – czarny urok

Peter Scammell jest według wszelkich podejrzeń brytyjskim fotografem specjalizującym się w krajobrazach w kolorach. Tyle, że generalnie używa tylko dwóch – białego i czarnego – głównie zaś czarnego. Podobnie jak w przypadku szwedzkiej fotograf z poprzedniego odcinka nie jestem w stanie przybliżyć wam żadnych detali o samym bohaterze poza tym, że jak już wspomniałem jest wg mnie Brytyjczykiem mieszkającym w Devon lub Kornwalii, czyli na południowym wybrzeżu Anglii…i to tyle. Nie odnalazłem żadnej oficjalnej strony ani jakichkolwiek informacji na jego temat, a jedyne zdjęcia dostępne w internecie znajdują się na flickr i jest ich zaledwie 49.

Tajemniczy ów fotograf redefiniuje dla mnie pojęcie krajobrazu. Jak widać na załączonych obrazkach charakteryzuje Scammell’a drżąca mocno ręka, drążące świat oko i brak statywu (co niekoniecznie jest prawdą, ale o tym zaraz), jego brytyjskie krajobrazy to mieszanka długiego czasu naświetlania, czerni, trocę magii, głównie morza lub wybrzeża i dramatycznego nieba często okraszonego złowieszczym księżycem. Mnie te obrazy zachwycają i napawają jakąś tajemniczą siłą ale wiem, że nie wszyscy chcieliby zasypiać patrząć na te sceny zawieszone nad łóżkiem i że angielskie biura podróży na pewno jego zdjęć do promocji Devon lub Kornwalii nie wykorzystują. Krajobrazy Scammell’a są wręcz agresywne, atakują z wielką czarną mocą i na prawdę na dłużej zapadają w pamięć. Prace te mają według mnie niepowtarzalnie większą energię niż kolorowe obrazki lub pocztówki z różnorakich magazynów (nie powiem z National Geographic, bo te z NG, mimo że technicznie nienaganne, ostre i kolorowe, na pewno nie ustępują mocą totalnie innym interpretacjom Scammell’a, ale też i National Geographic jest bez wątpienia jedyny w swoim rodzaju i całą resztę zostawia daleko w tyle). Krajobrazy Scammell’a w National Geographic na pewno nigdy się nie pojawią, nie tylko dlatego że brak im koloru, ale być może przede wszystkim dlatego, że są mocno retuszowane w procesie postprodukcji (czy już zauważyliście?) a jak wiadomo NG zastrzega na swych stronach, że żadne zdjęcie w ich czasopiśmie nie jest retuszowane, co niektórzy błędnie interpretują myśląc, że wszystkie zdjęcia w NG wychodzą takie jakie je widzimy prosto z kamery (tzw SOC, czyli straight out of camera). Ale o tym też za moment.

Scammell używa aparatu cyfrowego nie bojąc się mocno ingerować i bawić swoimi zdjęciami w Photoshopie (lub innym sklepie) zanim (p)odda je publicznemu oku. Pisałem wcześniej, że fotograf nie używa statywu. Tylko pozornie i tylko czasem. Czasem na pewno tak, co poznać po ostrości pewnych elementów takich jak np fale lub chmury tudzież (uwielbiam!) kontury horyzontu w niektórych kompozycjach. Jednocześnie inne elementy w tym samym kadrze są zupełnie rozmazane, co można osiągnąć naturalnie lub mniej, na przykład łącząc dwie ekspozycje tej samej sceny w postprodukcji. Innym zabiegiem używanym przez niego jest użycie winiety połączonej z rozmazaniem części zdjęcia, czyli tzw (przeze mnie bo nie wiem czy taki termin istnieje w szkołach) wybiórczej ostrości (zwykle poruszenie współgra z winietą) tak by skupić uwagę jedynie na wybranym niewielkim szczególe zdjęcia, który pozostaje ostry i przyciąga oko. Może się też wydawać, że wszystkie zdjęcia robione były w nocy. Nieprawda. Na wielu z nich wyraźnie widać, że jasny punkt na niebie (nierzadko ‘przepalony’, tutaj autor wystawia się na bezlitosną krytykę purystów) to nie jak wcześniej pisałem księżyc lecz najprawdziwsze słońce.

Fotograf jednak tak bardzo kocha czerń (bardziej niż ja), że ze scen dziennych robi ponure, przenikliwie straszne/piękne obrazy nocne uwydatniając w swych kompozycjach tylko skrawek drogi lub skały lub drzewa, resztę bezczelnie zaciemniając przed naszym wzrokiem. I taki właśnie zwodniczy efekt bardzo przypadł mi do gustu. Przypominam jednak purystom-amatorom i purystom-pełnymprofesjonalistom, że odpowiedź na ich stare jak fotografia cyfrowa pytanie ‘czy tak było na prawdę ?’ brzmi ‘nie’, nie wnikając w dalsze niebezpieczne, a nawet nudne już rozważania co jest prawdą i skąd to wiadomo, natomiast ‘tak’ należy odpowiedzieć na inne pytanie tego samego rodzaju, również stare, ‘czy zdjęcie było retuszowane w Photoshopie’. Jest to skądinąd idiotyczne pytanie jeżeli wiadomym jest, że mamy do czynienia z fotografią cyfrową, pytanie które sam słyszę bardzo często i na które już nie mam siły odpowiadać. To dokładnie tak jakby zapytać fotografa ‘analogowego’ czy jego zdjęcia wywoływane są w ciemni. Otóż nie inaczej, bo inaczej być nie może. W przypadku fotografii cyfrowej karty pamięci nie możemy, ku rozpaczy wielu, wrzucić do śmierdzących roztworów chemicznych w ciemni, bo mówiąc dość dosłownie nic by z tego nie wyszło, więc decydujemy się na mniej ekscytującą acz skuteczniejszą opcję przelania zdjęć czy właściwie plików (fuj) na komputer za pomocą wstrętnego nam wszystkim kabla lub czytnika kart i użycia ohydnego Photoshopa lub innych programów żeby jakoś z tej karty te obrazki wycisnąć. Być może właśnie dlatego (ale kto wie) PS, Lightroom, Aperture i inne takietakie nazywane są cyfrową ciemnią, bo to taki cyfrowy/komputerowy odpowiednik procesu znanego z kliszy, z czego najwyraźniej nadal wiele ludzi nie zdaje sobie sprawy. Jeszcze mniej ludzi wie, że w tradycyjnej ciemni cyfrowej również dochodzi prawie zawsze do fałszowania tak umiłowanej przez niektórych ‘rzeczywistości’ i że również w tradycyjnej ciemni przyciemnia się rogi, rozjaśnia pewne punkty by je uwydatnić, a nawet usuwa się pewne hm niedogodności, zwiększa/zmniejsza kontrast, a nawet nakłada kilka fotografii na siebie. Dlatego przykro mi się robi gdy ktoś spogląda na mój cyfrowy aparat i pyta mnie czy obrabiam zdjęcia w Photoshopie, zwłaszcza gdy w pytaniu czai się podejrzliwe podpytanie: czy upiększasz swoje zdjęcia ? Czyli co, nie przedstawiasz „prawdziwej” rzeczywistości (?) taką jaką jest, musisz podpierać się oprogramowaniem komputerowym ? Odpowiadam, że tak, bo w „prawdziwej” ciemni karty pamięci, nie ważne jak bardzo nimi trząść, opukiwać młotkiem, moczyć w roztworach czy pocierać nimi o papier fotograficzny, nie dają tak dobrych rezultatów (nie żebym próbował, ale.). Zwłaszcza, że wszystkie moje i większości fotografów cyfrowych zdjęcia robione są w wersji RAW, czyli surowej, co z założenia oznacza, że jak najbardziej zamierzenie każę swojemu aparatowi zignorować wszelkie niepotrzebne dane takie jak kontrast i kolor a nawet barwę, bo tymi rzeczami zajmujemy się później, chcąc z ‘rzeczywistości’ zedrzeć jedynie obraz, który w dalszym procesie haniebnie mniej lub bardziej naginamy do naszej kłamliwej, acz częściej nazywanej artystycznej wizji ze środka głowy niekoniecznie chcąc być niewolnikami obrazu zastanego. Portrety Picassa też jakieś takie…nieprawdziwe trochę, te kobiety z jednym okiem na środku zbyt dużej kanciastej głowy i tak dalej – no kto to widział. Ale w to już dalej nie wnikajmy.

Peter Scammell zatem owszem z przymusu (skoro już ma aparat cyfrowy) edycji zdjęć dokonuje właśnie w PS (lub innym), a nie wdychając chemiczne opary na strychu swojego drewnianego domu w środku zabytkowej dzielnicy dajmy na to Paryża z lat 20 zeszłego wieku, być może nawet używa auta by dotrzeć do lokacji a nie starego holenderskiego rozlatującego się roweru i jest takim zuchwalcem, że waży się nie przedstawiać nam kolejnego wybrzeża Devon z precyzyjnym zachodem, tylko trzęsie tym apratem, rozmazuje, przyciemnia, podcina i przyciemnia boki aż miło. Kłamie nas więc bezczelnie, ale z gracją i wyczuciem i mi ten styl bardzo odpowiada. Budzi więcej emocji, zapada w pamięć, powoduje dreszcze. Mimo czającego się w jego kompozycjach zła i czerni ja chętnie bym sobie takie sceny w sypialni powiesił i liczył na dobre sny.

Patrzenia Sztuka Luc’a (VI) Anna Ådén – nordycka mleczna bajka o zimowym zmierzchu.

Czas przyszedł na fotografie ze Skandynawii rodem. Podróżuję z wieloma Skandynawami teraz, większość z nich ze Szwecji właśnie i oto przeglądając moje kontakty (kontakty się liczą)…na flickr wpadła mi w oko Anna Ådén, która jak być może wielu z was zgadło już jest Szwedką.

Sprawdziłem tradycyjnie jej stronę, blog i flickr i z radością stwierdziłem, że jedyne co można o niej wyczytać to…że jest fotografem ze Szwecji i ma 25lat. Pisze też, że jest freelance…o!znowu język polski w akcji – otóż jest freelancer’em/freelancerką albo freelansuje /się/ (to jest dobre), co w praktyce oznacza, że fotografia owszem, ale nikt jej za to nie płaci, a przynajmniej nie za często.

Nie dziwi mnie to zresztą, bo jej fotografia, choć ociera się czasem o komercyjne formy typu fashion w studiu z prześcieradłem za plecami i 12 bardzo potrzebnymi do danej produkcji postronnymi osobami (pan od światła, pani od makijażu, pani od włosów, pani od sukienek, pan od sztucznego śniegu, pan od papierosów, pan od prześcieradła, pani od żelazka do prześcieradła, pan od komputera, panie od uśmiechu, pani sprzątaczka, rodzina, fani, pan fotograf gdzieś tam między nimi, szewc, krawiec, piekarz, cieć i wiadomo, menedżer, który po prostu jest, a także szef produckji, bez którego produkcja (powtórzmy: produkcja) nie odbyłaby się, bo nie miałaby szefa), które mimo to nie burzą nigdy klimatu (bo nigdy go tam nie było), głównie jednak są prace Anny Ådén czymś co nazwałbym fotografią intymną; jest to ten typ fotografii, który być może nie dba jedynie o wynik komputerowej postprodukcji lecz daje przede wszystkim radość w trakcie spaceru po lesie lub plaży, a także daje szanse na niewymuszony uśmiech modelki, niewystudiowane pozy a nawet trochę przypadku.







Patrząc na jej zdjęcia nie trudno zgadnąć dlaczego je lubię – są bardzo często w moim klimacie i założę się, że robione są w ten sam sposób, w jaki zdjęcia robię ja, czyli człowiek z aparatem (aka fotograf) plus modelka/model lub las pełen deszczu lub burzliwe wybrzeże jakiegoś morza, a najlepiej wszystko razem – tak zdjęcia robi mi się najlepiej. I Anna Ådén chyba podziela ten punkt widzenia (sic!). Jej zdjęcia to kolorowa mleczna bajka z dużą dozą melancholii i nostalgii, które ogląda mi się jeszcze przyjemniej siedząc w centrum Medellin w Kolumbii patrząc na tony deszczu bijące od dwóch godzin w szybę mojego pokoju. (Uważny czytelnik zauważy jak sprytnie przemyciłem wiele bezcennych informacji o sobie i swojej fotografii pod pozorem pisania o 25 letniej Szwedce).






Bohaterami większości jej zdjęć są albo ładne Szwedki, albo puste krajobrazy takie jak czerwony domek pośrodku ośnieżonego lasu lub pusta droga ginąca gdzieś w odległym lesie, jeszcze inne zdjęcia pokazują przestrzenie gdzie przed chwilą byli ludzie, albo może stoją poza kadrem i czekają aż Anna zrobi zdjęcie i potem wracają do tego ekspresu z kawą, do niedojedzonych winogron, do niedokończonego malunku na sztaludze lub kominka w czerwonym domku zatopionym w zmierzchającym mroźnym śniegu. Miękkie te zdjęcia i piękne tak, że (ja)chce się tam być. Teraz!


Ps. Widzicie to zdjęcie z kotem mówiącym „aaaaaaaaaa” i modelką mówiącą „a..aaa”.

Ps2. Anna Ådén na ostatnich dwóch zdjęciach. Pretty Pretty!

Oficjalna strona Anny: http://www.imable.se
Blog: http://imable.blogspot.com/







Zamek Cieszyn
designalive
desigitpoland

bryla

Powrotnik_eu