
Peter Scammell jest według wszelkich podejrzeń brytyjskim fotografem specjalizującym się w krajobrazach w kolorach. Tyle, że generalnie używa tylko dwóch – białego i czarnego – głównie zaś czarnego. Podobnie jak w przypadku szwedzkiej fotograf z poprzedniego odcinka nie jestem w stanie przybliżyć wam żadnych detali o samym bohaterze poza tym, że jak już wspomniałem jest wg mnie Brytyjczykiem mieszkającym w Devon lub Kornwalii, czyli na południowym wybrzeżu Anglii…i to tyle. Nie odnalazłem żadnej oficjalnej strony ani jakichkolwiek informacji na jego temat, a jedyne zdjęcia dostępne w internecie znajdują się na flickr i jest ich zaledwie 49.



Tajemniczy ów fotograf redefiniuje dla mnie pojęcie krajobrazu. Jak widać na załączonych obrazkach charakteryzuje Scammell’a drżąca mocno ręka, drążące świat oko i brak statywu (co niekoniecznie jest prawdą, ale o tym zaraz), jego brytyjskie krajobrazy to mieszanka długiego czasu naświetlania, czerni, trocę magii, głównie morza lub wybrzeża i dramatycznego nieba często okraszonego złowieszczym księżycem. Mnie te obrazy zachwycają i napawają jakąś tajemniczą siłą ale wiem, że nie wszyscy chcieliby zasypiać patrząć na te sceny zawieszone nad łóżkiem i że angielskie biura podróży na pewno jego zdjęć do promocji Devon lub Kornwalii nie wykorzystują. Krajobrazy Scammell’a są wręcz agresywne, atakują z wielką czarną mocą i na prawdę na dłużej zapadają w pamięć. Prace te mają według mnie niepowtarzalnie większą energię niż kolorowe obrazki lub pocztówki z różnorakich magazynów (nie powiem z National Geographic, bo te z NG, mimo że technicznie nienaganne, ostre i kolorowe, na pewno nie ustępują mocą totalnie innym interpretacjom Scammell’a, ale też i National Geographic jest bez wątpienia jedyny w swoim rodzaju i całą resztę zostawia daleko w tyle). Krajobrazy Scammell’a w National Geographic na pewno nigdy się nie pojawią, nie tylko dlatego że brak im koloru, ale być może przede wszystkim dlatego, że są mocno retuszowane w procesie postprodukcji (czy już zauważyliście?) a jak wiadomo NG zastrzega na swych stronach, że żadne zdjęcie w ich czasopiśmie nie jest retuszowane, co niektórzy błędnie interpretują myśląc, że wszystkie zdjęcia w NG wychodzą takie jakie je widzimy prosto z kamery (tzw SOC, czyli straight out of camera). Ale o tym też za moment.


Scammell używa aparatu cyfrowego nie bojąc się mocno ingerować i bawić swoimi zdjęciami w Photoshopie (lub innym sklepie) zanim (p)odda je publicznemu oku. Pisałem wcześniej, że fotograf nie używa statywu. Tylko pozornie i tylko czasem. Czasem na pewno tak, co poznać po ostrości pewnych elementów takich jak np fale lub chmury tudzież (uwielbiam!) kontury horyzontu w niektórych kompozycjach. Jednocześnie inne elementy w tym samym kadrze są zupełnie rozmazane, co można osiągnąć naturalnie lub mniej, na przykład łącząc dwie ekspozycje tej samej sceny w postprodukcji. Innym zabiegiem używanym przez niego jest użycie winiety połączonej z rozmazaniem części zdjęcia, czyli tzw (przeze mnie bo nie wiem czy taki termin istnieje w szkołach) wybiórczej ostrości (zwykle poruszenie współgra z winietą) tak by skupić uwagę jedynie na wybranym niewielkim szczególe zdjęcia, który pozostaje ostry i przyciąga oko. Może się też wydawać, że wszystkie zdjęcia robione były w nocy. Nieprawda. Na wielu z nich wyraźnie widać, że jasny punkt na niebie (nierzadko ‘przepalony’, tutaj autor wystawia się na bezlitosną krytykę purystów) to nie jak wcześniej pisałem księżyc lecz najprawdziwsze słońce.


Fotograf jednak tak bardzo kocha czerń (bardziej niż ja), że ze scen dziennych robi ponure, przenikliwie straszne/piękne obrazy nocne uwydatniając w swych kompozycjach tylko skrawek drogi lub skały lub drzewa, resztę bezczelnie zaciemniając przed naszym wzrokiem. I taki właśnie zwodniczy efekt bardzo przypadł mi do gustu. Przypominam jednak purystom-amatorom i purystom-pełnymprofesjonalistom, że odpowiedź na ich stare jak fotografia cyfrowa pytanie ‘czy tak było na prawdę ?’ brzmi ‘nie’, nie wnikając w dalsze niebezpieczne, a nawet nudne już rozważania co jest prawdą i skąd to wiadomo, natomiast ‘tak’ należy odpowiedzieć na inne pytanie tego samego rodzaju, również stare, ‘czy zdjęcie było retuszowane w Photoshopie’. Jest to skądinąd idiotyczne pytanie jeżeli wiadomym jest, że mamy do czynienia z fotografią cyfrową, pytanie które sam słyszę bardzo często i na które już nie mam siły odpowiadać. To dokładnie tak jakby zapytać fotografa ‘analogowego’ czy jego zdjęcia wywoływane są w ciemni. Otóż nie inaczej, bo inaczej być nie może. W przypadku fotografii cyfrowej karty pamięci nie możemy, ku rozpaczy wielu, wrzucić do śmierdzących roztworów chemicznych w ciemni, bo mówiąc dość dosłownie nic by z tego nie wyszło, więc decydujemy się na mniej ekscytującą acz skuteczniejszą opcję przelania zdjęć czy właściwie plików (fuj) na komputer za pomocą wstrętnego nam wszystkim kabla lub czytnika kart i użycia ohydnego Photoshopa lub innych programów żeby jakoś z tej karty te obrazki wycisnąć. Być może właśnie dlatego (ale kto wie) PS, Lightroom, Aperture i inne takietakie nazywane są cyfrową ciemnią, bo to taki cyfrowy/komputerowy odpowiednik procesu znanego z kliszy, z czego najwyraźniej nadal wiele ludzi nie zdaje sobie sprawy. Jeszcze mniej ludzi wie, że w tradycyjnej ciemni cyfrowej również dochodzi prawie zawsze do fałszowania tak umiłowanej przez niektórych ‘rzeczywistości’ i że również w tradycyjnej ciemni przyciemnia się rogi, rozjaśnia pewne punkty by je uwydatnić, a nawet usuwa się pewne hm niedogodności, zwiększa/zmniejsza kontrast, a nawet nakłada kilka fotografii na siebie. Dlatego przykro mi się robi gdy ktoś spogląda na mój cyfrowy aparat i pyta mnie czy obrabiam zdjęcia w Photoshopie, zwłaszcza gdy w pytaniu czai się podejrzliwe podpytanie: czy upiększasz swoje zdjęcia ? Czyli co, nie przedstawiasz „prawdziwej” rzeczywistości (?) taką jaką jest, musisz podpierać się oprogramowaniem komputerowym ? Odpowiadam, że tak, bo w „prawdziwej” ciemni karty pamięci, nie ważne jak bardzo nimi trząść, opukiwać młotkiem, moczyć w roztworach czy pocierać nimi o papier fotograficzny, nie dają tak dobrych rezultatów (nie żebym próbował, ale.). Zwłaszcza, że wszystkie moje i większości fotografów cyfrowych zdjęcia robione są w wersji RAW, czyli surowej, co z założenia oznacza, że jak najbardziej zamierzenie każę swojemu aparatowi zignorować wszelkie niepotrzebne dane takie jak kontrast i kolor a nawet barwę, bo tymi rzeczami zajmujemy się później, chcąc z ‘rzeczywistości’ zedrzeć jedynie obraz, który w dalszym procesie haniebnie mniej lub bardziej naginamy do naszej kłamliwej, acz częściej nazywanej artystycznej wizji ze środka głowy niekoniecznie chcąc być niewolnikami obrazu zastanego. Portrety Picassa też jakieś takie…nieprawdziwe trochę, te kobiety z jednym okiem na środku zbyt dużej kanciastej głowy i tak dalej – no kto to widział. Ale w to już dalej nie wnikajmy.

Peter Scammell zatem owszem z przymusu (skoro już ma aparat cyfrowy) edycji zdjęć dokonuje właśnie w PS (lub innym), a nie wdychając chemiczne opary na strychu swojego drewnianego domu w środku zabytkowej dzielnicy dajmy na to Paryża z lat 20 zeszłego wieku, być może nawet używa auta by dotrzeć do lokacji a nie starego holenderskiego rozlatującego się roweru i jest takim zuchwalcem, że waży się nie przedstawiać nam kolejnego wybrzeża Devon z precyzyjnym zachodem, tylko trzęsie tym apratem, rozmazuje, przyciemnia, podcina i przyciemnia boki aż miło. Kłamie nas więc bezczelnie, ale z gracją i wyczuciem i mi ten styl bardzo odpowiada. Budzi więcej emocji, zapada w pamięć, powoduje dreszcze. Mimo czającego się w jego kompozycjach zła i czerni ja chętnie bym sobie takie sceny w sypialni powiesił i liczył na dobre sny.
Najnowsze komentarze