Archive for the 'Twórcy' Category

Louise Bagnall i jej pluszaki

Louise zajmuje się wieloma rzeczami, animacją, ilustracja i no właśnie tworzy piękne zabawki. Naprawdę polecam zajrzeć na jej bloga http://happyplushplush.blogspot.com/, sami zobaczycie. Ja osobiście jak zobaczyłam jej prace postanowiłam chwycić za igłę i nici lub za maszynę do szycia i spróbować stworzyć takie cuda! Na razie skończyło się na pomyśle na książeczkę dla maluchów ale o tym jeszcze cicho sza!

Wracamy do Louise, jej projekty zabawek można zaliczyć zarówno do tych tradycyjnych jak i do całkiem współczesnych, poczynając od Kwietnych Wróżek  a kończąc na Spock’a ze Startrek’u.

Louise do tworzenia swoich cudeniek używa filcu no i pluszu oczywiście! mam nadzieję, że i wy nabierzecie ochoty by złapać za nici i tworzyć takie cuda!

Eko dom pływający – Monika Wierzba

Eko dom pływający” jest projektem modułowego budynku mieszkalnego, zrównoważonego pod
względem ekologicznym jak i ekonomicznym. Możliwe jest zlokalizowanie go niemalże w każdym
miejscu w Polsce, które spełnia odpowiednie warunki wodne.
Ideą przewodnią projektu było stworzenie budynku, który w minimalny sposób wpływa na
środowisko naturalne, w racjonalny sposób korzysta z nowoczesnych osiągnięć techniki oraz
wykorzystuje potencjał polskich rzek .

Projekt „Eko dom pływający” nie określa precyzyjnie jaki będzie rozmiar budynku i jak dokładnie
będzie on wyglądał. Podstawowym modułem jest element o wielkości zbliżonej do kontenera
transportowego ,czyli 2500 x 5000 x 2800 mm. Odpowiedni dobór wymiarów pozwala na bardzo
prosty , szybki i tani transport budynku, zarówno drogą lądową jak i wodną, bez potrzeby specjalnego
dostosowywania pojazdów do przewozu dużych obiektów. Dom może być elastycznie modyfikowany
w zależności potrzeb jego użytkowników i ich ilości. Dzięki zastosowaniu modułowej konstrukcji
szkieletowej wykonanej z lekkiej stali opartej na betonie hydrotechnicznym, dom może być
modyfikowany w dowolnym momencie, a jego wnętrze jest bardzo proste w rearanżacji. Można w
dowolny sposób go powiększać i pomniejszać w bardzo szybki sposób.


Przy projektowaniu „Eko domu pływającego” zależało mi aby obiekt odpowiadał zasadom
zrównoważonego rozwoju . Dlatego zarówno kształt budynku, jego konstrukcja oraz wykorzystane w
nim materiały budowlane mają spełniać wymogi ekologicznego domu energooszczędnego.
Uniknęłam jednak nagromadzenia za wszelką cenę nadmiernej ilości nowinek technologicznych,
udogodnień oraz „eko materiałów” , które z ekologią mają niewiele wspólnego.
Materiały budowlane wykorzystane przy projekcie są oparte o surowce naturalne, mało
przetworzone oraz ławo poddające się przeróbce, część z nich jest wytworzona z surowców
wtórnych. Tworzywa te nie wydzielają szkodliwych i toksycznych substancji przy ewentualnym
demontażu . Pochodzą z lokalnych źródeł oraz posiadają certyfikaty ekologiczne takie jak „cradle to
cradle” czy FSC.


Dom pływający jest skonstruowany z elementów prefabrykowanych, które zapewniają mniej
odpadów podczas budowy i efektywne wykorzystanie surowców. Odpady z budowy należy sortować i
jak największą ilość poddać recyklingowi.
Odpowiednie ustawienie budynku względem stron świata pozwala na pasywne wykorzystanie
promieniowania słonecznego. Energia w domu generowana jest przez system paneli
fotowoltaicznych , produkcję ciepła wspomaga system kolektorów słonecznych oraz wentylacji
mechanicznej z rekuperatorem.
Woda ściekowa wytwarzana w czasie domowych procesów takich jak mycie naczyń, kąpiel czy pranie
jest powtórnie wykorzystywana. Budynek jest wyposażony w instalację pozwalającą na pozyskiwanie
deszczówki oraz w system filtrów biologicznych(hydrofitowych lub helotypowych) pobierających
wodę bezpośrednio ze zbiorników wodnych , na których dom pływa.
Budynek może cumować samotnie , ale może także stąd się częścią większych pływających osiedli
mieszkaniowych.

 

Autorka pracy: Monika Wierzba (http://mwierzba.carbonmade.com/projects/2597037#1)
Promotor pracy: dr Marek Gawdzik
Wydział Architektury Politechniki Gdańskiej

Mistrzowie ilustracji – Maurice Sendak

Maurice Sendak urodził się w Brooklynie, Nowy Jork. Był synem żydowskich emigrantów polskiego pochodzenia. Duża część jego rodziny zginęła podczas Holokaustu, co odcisnęło piętno na jego dziecięcej wrażliwości i wyobraźni. Ilustratorem postanowił zostac w wieku 12 lat, po obejrzeniu filmu Disneya zatytułowanego: ‘Fantasia’. Jednak jego miłośc do książek zrodziła się jeszcze wcześniej, podczas gdy dużą część swojego dzieciństwa spędził w łóżku chorując.

Jednym z jego pierwszych zleceń było stworzenie dekoracji do sklepu z zabawkami. Pierwsze ilustracje Sendaka ukazały się w 1947 roku w książce ‘Atomics for the Millions’. Do roku 1950 zajmował się tworzeniem ilustracji do książek innych autorów. Potem sam również zaczął pisać. Maurice Sendak zdobył międzynarodową sławę po napisaniu i zilustrowaniu ksiązki dla dzieci ‘Where the Wild Things Are‘ (‘Gdzie mieszkają dzikie stwory‘).

Książka wzbudziła dużo kontrowersji wśród rodziców, ze względu na występujące w niej potwory. W swojej długiej i owocnej karierze współpracował m.in z Isaac Singerem oraz doradzał przy powstawaniu ‘Ulicy Sezamkowej’. 

 

Patrzenia Sztuka Luc’a X – Aëla Labbé – zmysłowe marzenia déjà vu

Dziesiąty, jubileuszowy odcinek Patrzenia Sztuki Luc’a przedstawia młodą Francuzkę, której estetyka i czucie są mi szczególnie bliskie. Jej wizje to marzenia senne pokazujące przebłyski tego, co dzieje się po drugiej stronie lustra; być może jest to też poszukiwanie straconego czasu lub projekcja utraconego raju. Zdjęcia robione jakby w półśnie odurzają niezwykłym wdziękiem, spokojem, wyczuciem światła i koloru. Historie opowiadane przez Labbé płyną z podświadomości i tam też na długo pozostają lub też od zawsze tam były. Cudowna zmysłowość fotografii młodej Francuzki to, jak sama twierdzi, głównie zasługa jej wieloletniej pasji – tańca – której poświęca się od najmłodszych lat. Studiowała nawet teatr i taniec w Amsterdamie, a po powrocie do Francji zainteresowała się fotografią, która, jak uważa, jest mocno z tańcem powiązana.

Labbé jest samoukiem, który czerpie dużo inspiracji ze sztuki tańca, traktując zdjęcia jako formę choreografii, przywiązując szczególną uwagę do składników kompozycji takich jak ciało, przestrzeń i (bez)czas. Wiele z jej zdjęć to uważnie skonstruowane sceny wypełnione nostalgią za czymś nieuchwytnym, tym uczuciem, które wymyka się słowom, oraz melancholijną muzyką kolorów i światła, które zabierają nas nie tyle do fantastycznych, nierealnych i nieosiągalnych światów, ile do historii déjà vu, do momentów, które choć wydają się bliskie, prawie namacalne i znane, wymykają się osi czasu, dryfując gdzieś na peryferiach snów i marzeń.

Aëla Labbé sama o swojej fotografii mówi: „Dzielenie się moimi wizjami jest potrzebą i celem, do którego dążę stale i nieprzerwanie. Patrząc na nasz świat staram się wydobyć z niego ową magię, która niesie ze sobą nadzieję i marzenia. W ten sposób składam jakby przysięgę sama przed sobą by zawsze opierać się materializmowi i brakowi marzeń.”

http://www.flickr.com/photos/aela/

Patrzenia Sztuka Luc’a IX – G Dan Mitchell – Kolory Kalifornii

G Dan Mitchell to kalifornijski fotograf, który poza sporadycznymi wycieczkami do Europy ogranicza się praktycznie wyłącznie do fotografowania swoich okolic, głównie Sierra Nevada, słynnych lasów sekwojowych, spektakularnych wybrzeży Pacyfiku, niesamowitej Death Valley, kosmicznego Mono Lake, Big Sur, przepięknego parku Yosemite oraz pustynnych krajobrazów na wschód od Sierra Nevada. Mitchell zdecydowanie preferuje kolor ale zdarza mu się też robić zdjęcia czarno-białe.

Jest to fotograf doświadczony, który karierę zaczynał w świecie analogowym; być może to właśnie daje mu owo specyficzne poczucie estetyki nieskażone przesadną edycją zdjęć, a skupiające się raczej na kompozycji opartej głownie na liniach krajobrazu i jego kolorach. Najciekawsze prace Kalifornijczyka to według mnie właśnie te, gdzie udowadnia swoją zdolność do widzenia mniej, czyli więcej. Innymi słowy, potrafi on wykroić z pejzażu coś czego być może nie widać na pierwszy rzut oka, a co jako kawałek tortu robi większe wrażenie niż cały tort ze świeczkami włącznie. Innym atutem Amerykanina jest umiejętność fotografowania detali natury – robi to z minimalistyczną w kompozycji estetyką. Kolory co prawda u niego soczyste, ale często ograniczone jedynie do dwóch lub trzech, co sprawia, że zdjęcia wyglądają czasem jak akwarele. Nie inaczej jest w przypadku jego zdjęć miasta. Mitchell ponadto opatruje swoje zdjęcia wyczerpującymi wpisami, których na pewno nikt poza jego znajomymi nie czyta, gdyż należą raczej do długich, a czasem naprawdę warto, bo oprócz typowych dla dzienników podróży zapisków typu - wstałem dzisiaj o 5, nakarmiłem psa, spakowałem aparat, wsiadłem w samochód i … - są też tam informacje o florze i faunie Kalifornii, która wydała na świat nie tylko słynny na całym świecie napis HOLLYWOOD śniący się co noc wielu z nas, ale też i inne okazy. A najlepsze jest właśnie to, że po obejrzeniu fantastycznych zdjęć Mitchell’a człowieka niespodzianie chwyta czasem chęć dowiedzenia się czegoś więcej o tych magicznie wyglądających miejscach i roślinach, a przede wszystkim chęć zobaczenia tych miejsc na własne oczy, polizania czerwonych liści (am I going too far?) i tak dalej.


Zdjęcia Mitchella pokazują Kalifornię taką jaka jest, bez większych manipulacji w postprodukcji (oprócz saturacji i ostrości), nie ma tam sztucznie tworzonego klimatu jako takiego, nie ma tam drugiego dna ani kreacji autora, jest za to zapis nieprawdopodobnie pięknego kawałka Ziemii, który prawdopodobnie ok 20% populacji tej planety chętnie wpisałaby sobie do paszportu jako miejsce zamieszkania, a jeszcze lepiej: urodzenia, choć niekoniecznie ze względu na wdzięki Yosemite czy Death Valley, a raczej na powszechny bling-bling i gwiazdy wmurowane w pewien chodnik przed kiczowatym (z zewnątrz) Kodak Theater, który, nota bene, odwiedza ponad 10 milionów ludzi rocznie (!). Dobrze, że tylko ułamek tej liczby podąża śladami Mitchella, inaczej z lasów i wybrzeża nic(i).


G Dan Mitchell jest, rzekłbym, klasycznym fotografem natury od którego można nauczyć się bardzo wiele oszczędzając na kursach i studiach wyższych, których pan Mitchell (nawiasem mówiąc) nie posiada, bo fotografii uczył go jego ojciec w latach kiedy problemem był raczej brak informacji (zdjęć?) a nie jej nadmiar. O jego długiej karierze i jej początkach można poczytać tu: http://www.gdanmitchell.com/about-2. Co ciekawe, fotograf opowiada tam jak na początku swojej kariery jeździł w teren obciążony kilogramami sprzętu by potem, nieco zniechęcony (wiem o czym mówi), w jakiś sposób poddać się i przerzucić jedynie na turystyczną fotografię wykonywaną małymi aparatami kompaktowymi. Mitchell w pewnym momencie przestał zajmować się fotografią profesjonalnie (lub pół-profesjonalnie) gdyż przygnębiał go ciężar sprzętu i ogrom pracy wykonywany przy tego typu eskapadach. Uratowała go, jak sam twierdzi, era fotografii cyfrowej, która sprawiła że jeden poręczny aparat jest w stanie wyprodukować zdjęcia o bardzo dobrej jakości. Mitchell wrócił do gry (cieszymy się).


Kalifornijczyk z San Jose posiada co prawda stronę oficjalną, ale według mnie niezbyt czytelną, łatwiej i przyjemniej oglądać jego zdjęcia na flickr.

http://www.flickr.com/photos/gdanmitchell/. Mitchell dobija właśnie do 100 strony na flickr, co oznacza ponad 1 700 fotografii (sic!) – jest więc co oglądać w długie ciemne wieczory.


 







Zamek Cieszyn
designalive
desigitpoland

bryla

Powrotnik_eu