Archive for the 'Wywiady' Category

Luc Kordas – wywiad z fotografem

Z dużą przyjemnością prezentujemy wywiad, który udało nam się przeprowadzić z niezwykłym fotografem, człowiekiem, o którym już kiedyś pisaliśmy (http://simpledesign.net.pl/?p=11):
Luc Kordas – wystawy w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Barcelonie, Londynie. Laureat VIVA PHOTO AWARDS 2009 w kategorii portret i paru pomniejszych konkursów. Fotografii uczył się sam. Fotografuje od pięciu lat.
www.luckordas.com
Luc Kordas na Facebook
Luc Kordas na Flickr


‘Sahara Walks’ – Zdjęcie zostało nagrodzone przez brytyjski magazyn ‘Practical Photographer’ listopad 2008

Simple design blog: Kiedy zacząłeś fotografować? Z wykształcenia jesteś iberystą, co sprawiło, że fotografia zajęła tak ważne miejsce w Twoim życiu?

Luc Kordas: Fotografuję od 5 lat. Nie wiem co sprawiło, że fotografia stała się ważna, nie zauważyłem tego. Natomiast niewątpliwie tym, co sprawiło że zacząłem myśleć o robieniu zdjęć były inne wspaniałe zdjęcia. Myślałem wtedy, jeśli uda mi się zrobić jedno takie zdjęcie w życiu, będę z siebie bardzo zadowolony. Po 5 latach mam już parę takich zdjęć.

Mówisz, że fotografujesz głównie dla siebie, często nawiązujesz do literatury, Twoim zdjęciom towarzyszą cytaty, bardzo dobra, nastrojowa muzyka. Czym się kierujesz w wyborze tematów? Co, lub kto, jest dla Ciebie inspiracją?

Największą inspiracją są inne zdjęcia, filmy i muzyka. Wszystko co robię jest powtórzeniem lub przetworzeniem tego, co już było, co widziałem, słyszałem, co mi się kiedyś przyśniło (nihil sub sole novum, wiadomo).



Po paru latach fotografowania nastąpiła wyraźna zmiana – moje oczy i głowa przyzwyczaiły się do patrzenia na to, co widzę dookoła w inny sposób; teraz często patrzę na mokrą ulicę pokrytą liśćmi z odbitym śladem po kołach roweru i widzę od razu zdjęcie. Wcześniej tak nie było. Teraz inspiracje są wszędzie dookoła. Zwłaszcza po deszczu. To zależy od pory dnia i roku.

Jak wiele miejsca w Twoim życiu zajmuje fotografia? Czy wiążesz z nią jakieś swoje życiowe plany?

Czy wiążę życiowe plany? No nie wiem, zdaje się, że już od dawna jest w moich życiowych planach. Od jakichś trzech, czterech lat jest po prostu w moim życiu tak samo jak podróże i muszę powiedzieć, że obie te rzeczy tworzą doskonały duet – bardzo jestem z nich rad. Wiem, że pytasz o pieniądze i robienie kariery jako fotograf – odpowiedź jest zawsze taka sama – ja fotografuję dla siebie, ale bardzo się cieszę, jeśli podoba się to innym i jeśli będzie szansa wypłynąć na szersze wody, to oczywiście, jak to zwykle robię, z przyjemnością zanurzę się w te fale.



Nigdy natomiast nie uczynię z fotografii rzemiosła. Nie będę fotografem ślubnym ‘bo trzeba się z czegoś utrzymać’. Nie jest to kwestia przesadnej dumy czy ambicji – ja po prostu nie potrafiłbym się na ślubach obcych ludzi odnaleźć, tak samo jak nie mógłbym być fotografem imprez/koncertów. To mnie nie interesuje, nie zmusiłbym się do tego. A nawet gdybym, wyniki byłyby marne, bo nie ma w tym serca, a tylko (może) pieniądze. Dlatego mówię, że fotografuję dla siebie – robię tylko to, co mnie interesuje i jeśli ktoś jest w stanie zobaczyć ten sam świat i dzielić mój entuzjazm – fantastycznie.

Od kilku lat mieszkasz za granicą, czy daje Ci to większe możliwości samorealizacji?

Mieszkam za granicą, bo nie lubię Polski. I lubię podróżować. Dochodzi do tego moja ciekawość ‘tego co jest za zakrętem’ – nie mogę usiedzieć w jednym miejscu zbyt długo, więc podróżuję. Ostatnio nazwał mnie ktoś nomadem. Może. Podróże naturalnie stymulują oczy fotografa. Siedząc w jednym miejscu zbyt długo przyzwyczajam się do otoczenia i stopniowo przestaje mnie ono zadziwiać i zaskakiwać, a to najgorsze co się może przydarzyć młodym ludziom, zwłaszcza z dobrze rozwiniętymi zmysłami.



Bez wątpienia dzięki podróżom moje zdjęcia są ciekawsze, bardziej różnorodne i być może mocniejsze. Najtrudniej robić mi zdjęcia w moim mieście Wrocławiu, bo nic mnie tam nie dziwi, mało co zaskakuje (a nie jestem fanem ukazywania brzydoty i absurdów Polski, bo to mnie już nie bawi, to nie jest już śmieszne, teraz to mnie raczej smuci. Zrobiłem zresztą już jeden taki szaro-brzydki album o Wrocławiu w Święta Bożego Narodzenia, który opatrzyłem mocno sarkastycznymi opisami – wywołał wiele emocji), wszystko jest znane, nie chce mi się wyciągać aparatu.



Mam zdecydowanie więcej zdjęć z USA czy UK niż z Wrocławia, których jest może 40 (może mniej). Nie dlatego, że tam jest lepiej, tylko dlatego, że to jest nowe. Gdybym przyjechał do Wrocławia jako turysta byłaby to zupełnie inna historia. Tak się stało z Krakowem, gdzie studiowałem i robiłem dużo więcej zdjęć niż w rodzimym Wrocławiu.

Niedawno wydałeś swoją pierwszą książkę ‘P O R T R A I T S‘. Dlaczego wybrałeś właśnie portrety?

Był czas na początku fotografowania, gdy na moich zdjęciach w ogóle nie było ludzi. Gdy robiłem ujęcia miasta czekałem zawsze aż ludzie wyjdą z kadru. Stopniowo wszystko się odwróciło. Nie wiem dlaczego portrety. Być może dlatego, że odkryłem, że potrafię uczynić coś z niczego. Być może jest to jedna z tych dziedzin, gdzie fotografia wygrywa z rzeczywistością. Nie zauważyłem kiedy to się zmieniło. To było płynne przejście od pejzaży do portretów – dość klasyczne zresztą. Być może zdałem sobie sprawę, że w odróżnieniu od pejzaży, gdzie zdjęcie będzie zawsze tylko gorszą odbitką rzeczywistości, bo nigdy nie poczuję (ja i inni) tego wiatru, deszczu – zdjęcie nie pachnie, w portretach jest inaczej. Być może tylko w portretach zdjęcie może być silniejsze niż człowiek portretowany. W portretach jest czas by przyjrzeć się oczom, twarzy, dokładnie zbadać zmarszczki, pobyć z tą osobą sam na sam, długo, w ciszy, bez konieczności odwracania wzroku, bez zażenowania.



O ile zdjęcia krajobrazów są, jak to się utarło mówić, pamiątkami zatrzymanymi w czasie, które przenoszą mnie bardzo szybko w czasie i przestrzeni do dnia, w którym to zdjęcie było zrobione (co ciekawe, w przypadku większości zdjęć pamiętam dokładnie kiedy, gdzie i jak zdjęcie było robione) i jestem w stanie tam w pewnym sensie wrócić, o tyle portrety w mojej wersji to bardziej kwestia kreowania nowych obrazów, osobowości, historii na bazie modeli, którzy interesują mnie tylko tyle, co ich zewnętrzna powłoka. Wielu ludzi nie poznaje się na moich zdjęciach, wielu ludzi nie poznaje mnie na moich autoportretach i gdy mi o tym mówią, mówią to z niejakim wyrzutem nie rozumiejąc, że ja nigdy nie stawiałem sobie za cel sfotografowania ich takimi jakimi są. Mnie interesuje w ludziach nie to kim są, ale to kim mogą być. Portrety są bardziej kreatywne. Mocniejsze.

Na Facebooku, Flickrze i Twojej stronie internetowej można oglądać Twoje nowe zdjęcia. Nad czym obecnie pracujesz?

Wiele jest projektów do zrobienia i wiele trwa. Przestało to być wszystko linearne i choć trochę tęsknię za uporządkowaniem, które kiedyś stosowałem (jeden projekt po drugim), bo łatwiejsze jest do opanowania, to jednak ta wielowątkowość sprawia, że jest ciekawiej, choć mam wrażenie, że być może cierpi na tym jakość zdjęć.



Light Ballet jest ostatnią znaczącą sesją (można ją oglądać na flickr). Nie skończyłem jeszcze tych zdjęć, mimo że mam i pokazałem już nowe. Poza tym chciałbym się bardziej zająć robieniem krótkich filmów złożonych z serii bardzo podobnych do siebie ujęć. Oprócz tego w planach są wystawy, publikacje, konkursy. Niebawem wybieram się do Walii gdzie, nie wątpię, powstaną pamiętne zdjęcia, czuję to w kościach.

Jesteśmy pewni, że zrobisz jeszcze wiele pamiętnych zdjęć. Wielkie dzięki za wywiad, życzymy wielu świetnych fotografii z Walii i nie tylko.

***

Zapraszamy również do obejrzenia wybranych, krótkich prezentacji twórczości Kordasa:


‘Surfer’s Day’ – kliknij aby przejść do filmu


‘Zabawy z bronią II’ – kliknij aby przejść do filmu

Jan Lebenstein. Pieczęć Erosa i Thanatosa.

„Czasem zdarzają się – prawda? – ładne kobiety, ale to sprawa raczej wyjątkowa. Wystarczy o czwartej nad ranem pójść do baru. Przecież to wygląda koszmarnie, dużo gorzej od zwierząt.”

Podczas mojego ostatniego pobytu w Warszawie pierwszy raz w życiu byłem w Zachęcie :) Tak to jest jak się pochodzi z prowincji. W środku upalnego dnia byłem jedynym odwiedzającym. Akurat trafiłem na wystawę „JAN LEBENSTEIN. PIECZĘĆ EROSA I THANATOSA. PARYŻ, LATA 60.” Można ją tam oglądać do 22 sierpnia. Bardzo ciekawa postać, postanowiłem więc przy okazji przybliżyć ją wam, drodzy czytelnicy.

Poniżej wywiad przeprowadzony z artystą przez Katarzynę Janowską i Piotra Mucharskiego w 1999 roku, krótko przed jego śmiercią. Jest to jego ostatni wywiad.

- Spodziewa się Pan czegoś specjalnego po nadchodzącym roku 2000?

JAN LEBENSTEIN: – Nie, dlaczego miałbym się czegoś spodziewać? To przeciez zabobony, daty sa umowne. Nie jest tak, ze jakis demiurg przewroci kartke, i zacznie sie nowy rozdzial.W tym roku skonczylem 69 lat, czyli rok 2000 bedzie rokiem mojego siedemdziesieciolecia. Owszem, kiedy bylem maly, pytalem, co bedzie w roku dwutysiecznym. Dzisiaj wiem tyle, ze jezeli go nie dozyje, to on sie po prostu nie odbedzie.

– W opracowaniach i artykulach o Pana tworczosci nigdzie nie mowi sie o Pana dziecinstwie. Czy ten okres nie ma dla Pana znaczenia? To rzadkie u artysty.

- Dziecinstwo jest najwazniejszym okresem w zyciu, wtedy przeciez ksztaltuje sie nasz character – na starosc pozostaja juz tylko odpady. Nie bylem zbyt towarzyski. Mialem swoj wlasny swiat, calkowicie wyimaginowany. Nie chodzi tu o chowanie sie przed swiatem. Nie nudzilem sie jednak samotnoscia. Zawsze staralem sie zyc na wlasny rachunek, choc to trudne… Z jednej strony wiadomo, ze czlowiek nie jest sam na swiecie. Jestesmy istotami stadnymi, ale nie wolno dac sie zawladnac stadu. Ma ono swoje zalety, ale z drugiej strony stado – przynajmniej od czasu do czasu – cuchnie, niestety. Mamy na to dosyc duzo dowodow, szczegolnie w naszym wieku. Choc – czy bywaly w ogole wieki udane? Niektorzy tesknia za pieknym wiekiem XIX, a to przeciez byly nieustanne rzezie… Rzadko bywa wesolo.

- Pan byl chyba szczegolnie wyczulony na smrodek stada. Sledzac Pana droge tworcza widac, ze trzvmal sie Pan z boku.

- Doswiadczylismy stadnych obledow, ktore sie w ciagu ostatnich kilkudziesieciu lat dzialy. Zdarzaly sie i w przeszlosci, ale to nie byly przypadki obledow ideologicznych czy „uprzedzeniowych.” Trzymanie sie z boku bylo dla mnie sprawa o tyle istotna, ze kiedy na dobre zamieszkalem w Paryzu – jako trzydziestolatek – to mialem juz za soba kilka etapow zycia i doswiadczen. Uderzajace bylo, jak wielu spraw dla mnie oczywistych Francuzi nie mogli zrozumiec. Chodzilo wlasnie o owe obledy. Ci ludzie byli – i czesto wciaz jeszcze sa – nieuleczalnie chorzy na ideologie, ktore po nas juz dawno splynely.

– W koncu lat 50. przyjechal Pan do Francji w glorii zwyciezcy wielkiego biennale i trafil Pan na obcość?

- Nie mogli zrozumiec, dlaczego nie uwielbiam tego wspanialego systemu, w ktorym zyja. Srodowiska artystyczne – szczegolnie we Francji – byly zarazone komunizmem. Dzis to tez sie zdarza, ale w duzo mniejszym stopniu – dzieki ksiazkom Solzenicyna, Milosza i innych… Oni wyznawali wydumany – czy tez wyidealizowany – komunizm, bez żadnego oparcia w rzeczywistosci… To byla rozumowa konstrukcja, absolutnie abstrakcyjna. Sadzili, ze jestem tam, by zainkasowac, co sie da i zaraz wroce do szczesliwej socjalistycznej ojczyzny. A ja nie wracalem do Warszawy, bo nie mialem w gruncie rzeczy – poza kilkoma przyjaciolmi – do czego wracac. Pokutowal tez mit, upowszechniony przez propagandystow poczatku lat 20., ze rewolucja rosyjska – czyli bolszewicki zamach stanu – laczy sie z rewolucja w sztuce. Nie czytali Orwella, ktory pisal, ze w komunizmie wszystko trzeba czytac na odwrot: wolnosc – znaczy zniewolenie, prawda znaczy klamstwo. A stadnosc awangardy znalem jeszcze z Warszawy. Cale to budowanie tak zwanej „postepowej nowej sztuki” byto furtka dla nieudacznikow i beztalenci.

Nieudacznik nadrabial ideologia albo lizusostwem. To mnie odpychalo od awangard i nie tylko od nich… Kapisci byli waznym wydarzeniem w sztuce polskiej, jako antidotum na malarstwo historyczne i rodzajowe XIX wieku, ale w moim pokoleniu ten ruch wyznawal juz bardzo scisle kryteria, ktore staly sie obowiazujacym kanonem. W ten sposob okreslali, kto jest swoj, a kto nie. Henryk Stazewski tez nakazywal maszerowanie w kolumnie i ustalal hierarchie: temu dawal stopien kaprala, tamtemu – sierzanta… W Paryzu nie bylo lepiej. Zyl wtedy jeszcze André Breton, ktory zaproponowal mi, bym wlaczyl sie w ruch postsurrealistow…

- Zaproponowal Panu legitymacje?

- Wlasnie! Powiedzialem o tym Kotowi Jelenskiemu, ktory – pekajac ze smiechu – zapytal: a jaka ci dadza range? Chcesz miec rewolucyjnego komisarza z naganem nad soba – to wstepuj do ruchu.
Traktowatem zycie jako nieprzerwany proces ksztaltowania i poszukiwan. Nie wolno dac sie wsadzic w klatke – polska czy francuska. W klatce jest bezpiecznie: dwa razy dziennie dadza banana i ma sie swiety spokoj, ale przeciez nie o to w zyciu chodzi.

– Panska przyjazn z Mironem Bialoszewskim byla rodzajem powinowactwa w mysleniu o roli artysty?

- Ladnie to ujal Milosz, mowiac o ludziach z peryferii – to nas laczylo. Tak, bylo w tym jakies pokrewienstwo… Miron byl starszy ode mnie o osiem bodajze lat. Ale nie chodzilo o wspolne formulowanie postaw. W koncu rozmawialismy nie tylko o sztuce….

- Slyszelismy historie, tak ladna, ze prosimy, by Pan jej nie zaprzeczyl, nawet jesli jest nieprawdziwa. Podobno mial Pan w pazdzierniku 1956 wernisaz na Tarczynskiej, gdzie dzialal teatrzyk Bialoszewskiego. Nikt jednak nie przyszedl, bo wyznaczyliscie go akurat w dniu, kiedy Gomulka przemawial na Placu Defilad.

- Naprawde tak bylo. Polityka znowu zepsula mi interes. Nie po raz pierwszy i nie ostatni… Jakies dziesiec dni przedtem odbyl sie moj pierwszy wyjazd za granice – to byla wycieczka Zwiazku Plastykow i Historykow Sztuki do Holandii. Plynelismy lajba przeznaczona do rejsow po Dunaju, ale oddelegowana na Baltyk i hustalo w szatanski sposob. Jak juz stanalem na wybrzezu, zaczalem zadawac sobie pytanie: wracac, nie wracac … ? Wtedy wrocilem, ale gdy znow znalazlem sie na Zachodzie, po trzech latach, juz nie mialem watpliwosci. Trzeba bylo zyc na wlasne ryzyko, a nie czekac tu – jak inni – na asystenture, a pozniej smierc profesora, ktory zwolni miejsce na Akademii.

Potem zobaczylem, ze zycie artystyczne w Warszawie roznilo sie od paryskiego tym, ze tu panowaly dwie-trzy koterie, a tam bylo ich kilkanascie. Takie koterie dyktuja mody i kanony, wymagaja pogodzenia sie z ich estetyka. Obowiazywaly wtedy dwie doktryny: konczyl sie taszyzm, zaczynal sie konceptualizm. Zupelnie mnie to nie pociagalo. Taszyzm wydawal mi sie po prostu nieudolnoscia, brakiem woli, koncepcji artystycznej – takie sobie pedzlowanie. Konceptualizm znowu sprowadzal sie do tego, ze tutaj sie rzuci szmatke, tam sie postawi banke po mleku, tu sie polozy jabluszko – i juz jest sztuka. To nie lezalo jakos w mojej naturze.
Uwazam, ze ponosi sie odpowiedzialnosc za swoje zycie. Moze tylko wobec samego siebie, a moze nie tylko – nie wiem. Ale trzeba szukac wlasnego ksztaltu. Mody sie zmieniaja, co cztery lata obowiazuje co innego. Wiadomo, ze jestesmy i tak uwiazani w swoim czasie i nie mozna sie od niego uwolnic, ale trzeba sie starac wyskoczyc poza swoj czas, byc poza aktualnoscia, choc ten okres i tak gdzies – sila rzeczy – odcisnie swoje pietno. Sam szukalem inspiracji poza aktualnoscia, chocby w sztuce archaicznej…

-Czemu to ona wlasnie Pana oczarowala? Co Pan zobaczyl w podziemiach Luwru?

- Artysci, przyjezdzajac z Warszawy do takich centrow, jak Paryz, Nowy Jork czy Londyn, biegaja po galeriach wspolczesnej sztuki. Zeby nadazyc. A ja nie chcialem inspirowac sie tym, co juz jest zrobione, bo nic wtedy nie powstanie, poza wtornoscia.

- Jest motyw powracajacy obsesyjnie w Pana malarstwie: portret artysty, ktoremu na plecach siedzi bestyjka, muza o dosc zwierzecym wygladzie. Co tez mu ona szepce do ucha?

- Chimery sa w nas. Dokads nas prowadza. Klocilem sie o to w srodowisku malarskim z tymi, ktorzy twierdzili, ze obraz musi byc przyjemny. Jak to sie mowi: dla ludzi. Ale co to znaczy: dla ludzi? Ze ma wisiec nad kanapa i dobrze pasowac do falszywych Ludwikow?

- Artysta musi byc wierny temu wewnetrznemu dyktatowi, musi sluchac rowniez glosu demonow ?

- Musi sluchac wewnetrznego glosu. A ci, ktorzy maja pretensje, ze efekt nie jest dosc ladny, niech uczynia te epoke szczesliwa, wtedy moze bedziemy mieli inne malarstwo.



– Jaka jest cena, ktora sie placi za osobnosc ?

- Krytyka, galerie i publicznosc sa prowadzone w jakims okreslonym kierunku. I sila rzeczy staja sie nietolerancyjne albo wrecz slepe na inne propozycje. Jak ktos sie raz nauczyl abstrakcji, to uwaza, ze wszelka sztuka ma byc abstrakcyjna. Uwazam zreszta, ze kazdy obraz jest abstrakcyjny, bo to jest przeciez rzutowanie jakiejs rzeczywistosci na plaska plaszczyzne, ktora ma okreslona przestrzen i swiatlo. Plotno nie jest po to, zeby je kolorowac, ani nie po to, zeby oddac na nim mniej lub bardziej fotograficznie jakis obiekt. Taki szczyt szczytow malarstwa, jakim sa obrazy Vermeera, mozna uznac za dziela najbardziej realistyczne, niemal iluzyjne, a jednoczesnie Vermeer byl najbardziej abstrahujacym artysta.

– Znalezlismy ceche, ktora Pana z Vermeerem laczy: zatrzymanie czasu. W Pana obrazach czas jest zawieszony, mimo ze postacie sa nim przenicowane…

- Po pierwsze, sam obraz jest utrwaleniem wewnetrznego momentu. Bo obraz to przeciez takze projekcja naszego wnetrza. Ambicja kazdego czlowieka jest utrwalic siebie, zostawic slad.

- Prowadzi Pan jednak wyrafinowana gre z czasem, pokazujac na swoich obrazach ciala kobiety w roznych stadiach: od rozkwitu do rozkladu.

- Piekno w malarstwie nie sprowadza sie do malowania pieknych obiektow. Przychodza do mnie z pretensjami i mowia: alez ty sie znecasz nad tymi paniami … Ja sie wcale nie znecam, a poza tym trzeba spojrzec na to wszystko z jakims dystansem. Czy my naprawde jestesmy tacy ladni? Czasem zdarzaja sie – prawda? – ladne kobiety, ale to sprawa raczej wyjatkowa. Wystarczy o czwartej nad ranem pojsc do baru. Przeciez to wyglada koszmarnie duzo gorzej od zwierzat.



Piekno w obrazach to rzecz bardzo wieloznaczna i kazdy malarz musi wypracowac swoj kanon. Roze w wazonie moga byc tez swietnie namalowane, zawierac metafore, zamkniety czas i trwanie, ale moga byc i takie, na ktore rzuci sie okiem – rzecz ceny – i oko sie przeslizgnie.

– A jak jest z natura?

- Z natura lepiej nie konkurowac. Ona sie zawsze obroni, bo w naturze nie ma dziur. A w obrazach czesto bywaja optyczne i pojeciowe dziury.

- Czy czasem zaskakuje Pana obraz, ktory Pan namalowal? Zaskakuje Pana ostateczny efekt?

- Nie do konca, ale w tworzeniu zawsze musi byc element przypadku. Kiedy zaczynam, to mam pojecie, jak to – mniej wiecej – powinno wygladac. Ale spotkanie z materia obrazu powoduje, ze ta wizja ulega przemianie. Zaczynamy na czarno, a potem wychodzi na bialo… Jeden element pociaga za soba drugi – czesto nieprzewidziany. Zharmonizowanie tych elementow wymaga nieustannej kontroli i czujnosci.

– Jest w tym rodzaj wewnetrznego przymusu?

- Ten przymus jest bardzo owocny. Malowanie to jest siedzenie w kurzu z nosem w obrazie. Czasem nic nie wychodzi, ale dalej sie smaruje, bo sie musi… A jak ktos nie musi, to nic nie robi, albo tylko udaje.
Pojecie natchnienia jest tu bardzo mylace. Siedzenie na stolku przed plotnem to tez jest natchnienie. Ktos mnie kiedys zapytal, czy tworzenie jest tortura. Zadna tortura, to jest tylko meczace. Cybis powtarzal za Bonnardem, ze maluje tak, jak ptak spiewa. A przeciez nikt nie wie, czy jak ptak spiewa, to sie meczy. Spiew dla ptaka to bardzo konkretne zajecie i przekaz.



Nie jest tez tak, ze do poety przychodzi muza, kladzie reke na ramieniu, a reka zaczyna pisac strofy. Owszem, zdarzaja sie tacy wariaci, ktorzy czesto uwazaja sie za geniuszy, bo w ciagu jednej nocy potrafi napisac dwiescie wierszy albo dwiescie stron prozy i twierdza, ze mieli natchnienie. Rezultat okazuje sie jednak katastrofalny, choc autor tego zdania zwykle nie podziela.

- Z dylematem „spontanicznosc czy kontrola” wiaze sie dedykowany Panu wiersz Herberta. „Apollo i Marsjasz” – to opowiesc oporze boga – uczonego wirtuoza liry i Marsjasza – spontanicznego flecisty.

- To bardzo piekny wiersz. Mowi o dwoch sposobach pojmowania sztuki: sztuki uczonej, intelektualnej i sztuki zmyslowej, czyli – jak dawniej mowiono, bo dzis juz sie ten schemat obala – o konflikcie romantyzmu z klasycyzmem. Jednak jakos bardziej wspolczujemy Marsjaszowi.

- Mowi sie czasem, ze sztuka jest szczelina otwarta na transcendencje… Czy Pan sie za jej pomoca komunikuje z…

- ..z czym? Z absolutem? To wielkie slowo… Nie byloby na miejscu, gdybym tu mowil o sobie, ale sztuka powinna byc – przynajmniej tak ja odbieramy w naszej cywilizacji – przekazem dotykajacym absolutu, szukajacym go, zglebiajacym tajemnice istnienia. Jej sakralnosc bierze sie stad, ze szukamy sposobow utrwalenia tej wewnetrznej potrzeby. To bylo oczywiste w sredniowieczu i w sztukach archaicznych – podlegalo wtedy scislym rygorom. Dzis nie ma rygorow, ale wyzwanie pozostalo.

- Wlasnie. Jak to jest ze sztuka wspolczesnie?

- Bardzo rzadko bywa sakralna i dlatego jest taka slaba. Jest slaba, bo jest jednowarstwowa. Chodzi o to, by wypowiedziec niewyrazalne. To jest oczywiste w muzyce. W poezji tez chodzi o to, by uchwycic to, co umyka logicznej analizie, to, co jest ponad nia, co wykracza ponad doswiadczenia naszych kilku zmyslow i zdolnosc kojarzenia. Dotknac tego, co niedotykalne, to duza ambicja, rzadko osiagalna, ale trzeba sie starac.

- Wtedy nawiedza nas poczucie piekna?

- Poczucie piekna jest stanem laski. Sa ludzie, ktorym sie ono przytrafia, i tacy, ktorzy go nie maja, albo nie odczuwaja takiej potrzeby.

– Wiec jednak chodzi Panu o piekno?

- Ale nie o piekno, o ktorym mowilem wczesniej – zyciowe. W tym musi byc wewnetrzna struktura piekna.

- Malujac pieknie brzydote, zbawia sie ja, uwzniosla?

- To jest kwestia mojego sarkazmu w widzeniu swiata. To nie jest brzydota dla brzydoty.

– Ogladalismy audycje telewizyjna z Pana udzialem, nagrana w 1992 roku. Najpierw pokazano w niej rozmowe z Panem z 1960 roku, w ktorej opowiadal Pan o swoich sukcesach, licznych artystycznych planach. Obejrzawszy ten material po latach skomentowal go Pan slowami: kleska, wszystko jest przegrana.

- Wiadomo, ze zycie jest przegrane, kazde zycie… Jest przegrane, bo przemija. Nie mozna wygrac z czasem. Przeciez absolutnie wszystko skazane jest na zniszczenie.

Wywiad powyzszy jest pelnym zapisem telewizyjnego programu „Rozmowy na koniec wieku,” wyemitowanego przez Program I Telewizji Polskiej (TVP). Krakow, kwiecien 1999 r. Ukazał się również w „Tygodniku Powszechnym”.



Jan Lebenstein (ur. 5 stycznia 1930 w Brześciu nad Bugiem, zm. 28 maja 1999 w Krakowie) – polski malarz i grafik. Uprawiał oryginalną odmianę malarstwa figuratywnego, włączając doń elementy surrealistyczne i abstrakcyjne. Zilustrował m.in. Folwark zwierzęcy George’a Orwella i kilka ksiąg biblijnych (Księgi Genesis, Księga Hioba, Apokalipsa św. Jana – dwukrotnie: jako cykle witraży oraz grafik). Tworzył pejzaże miejskie, poetyckie transpozycje figury ludzkiej, pełne ekspresji kompozycje fantastyczno-symboliczne o motywach zwierzęcych.
Absolwent Państwowego Liceum Artystycznego w Warszawie. Student Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (1948-1954) pod kierunkiem Artura Nachta-Samborskiego. Debiutował w warszawskim Arsenale w 1955 roku. Rok później dołączył do Teatru na Tarczyńskiej, prowadzonego we własnym mieszkaniu przez Mirona Białoszewskiego i miał tam swoją pierwszą indywidualną wystawę. W 1959 roku otrzymał Grand Prix na I Biennale Młodych w Paryżu. Od tego roku pozostał w tym mieście, w 1971 roku przyjął francuskie obywatelstwo. W 1977 roku odbyła się wystawa jego prac w Polsce. W 1976 roku wyróżniony został nagrodą nowojorskiej Fundacji Alfreda Jurzykowskiego, a w 1987 otrzymał Nagrodę im. Jana Cybisa. W 1992 roku odbyła się największa wystawa jego prac w Polsce – w warszawskiej Zachęcie. W 1998 roku prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski uhonorował go Krzyżem Wielkim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. (Notka za Wikipedia) Dużo więcej na: www.culture.pl .

Tadeusz Rolke

Pretekstem do tego wpisu stał się krótki film pokazujący Tadeusza Rolke opowiadającego o tym jak fotografował Jarosława Iwaszkiewicza, a także znakomity wywiad-rzeka z artystą przeprowadzony przez Marka Grygiela na łamach fototapety opatrzony dużą ilością fotografii Tadeusza Rolke. (fototapeta.art.pl/2001/trolke.php) Fajnie jest widzieć kogoś jak wygląda i jak mówi, a nie tylko czytać o nim notki biograficzne – polecam więc film:) Zamieszczam także fragment wywiadu – po resztę odsyłam do fototapety – bardzo dobra strona, nawiasem mówiąc.
Notka biograficzna też jest, na samym końcu. Polecamy, warto się uczyć od tego człowieka.

Marek Grygiel: Jesteś z 1929 roku? Czy pamiętasz Warszawę jeszcze sprzed 1939? Jak dowiedziałeś się o wojnie? Miałeś wtedy 10 lat…

Tadeusz Rolke: Naturalnie, pamiętam bardzo dobrze. Wojna nie wybuchła nagle. Była przygotowywana od dawna. Pamiętam ćwiczenia z OPL, zakładanie masek gazowych, śpiew… śpiewaliśmy piosenki o czołgach, propaganda przygotowująca nas na zwycięstwo… Nie zapominaj, że to były czasy szalonego patriotyzmu, to się jeszcze żyło odreagowując czasy zaborów. Mama była szaloną patriotką, wielką entuzjastką Piłsudskiego. Dziad mamy był zesłany na Sybir…

Czy przed wojną coś fotografowałeś?

Nie miałem jeszcze aparatu i nie fotografowałem. Nawet o tym nie myślałem. Pierwszy aparat nabyłem w czasie wojny.

W jakich okolicznościach? Poszedłeś po prostu do sklepu? Skąd się w Tobie wzięła potrzeba fotografowania?

Nie wiem. Zwracałem uwagę na fotografie w gazetach. Kupowałem niemieckie magazyny ilustrowane: Die Wehrmacht, Der Adler; o wojskach lądowych i o lotnictwie. Tam były znakomite czarno-białe zdjęcia wojenne, sprzęt, Stukasy, oddziały, Rosja… I to były dobre fotografie. Ja je z bratem przeglądałem i one rozbudziły we mnie chęć robienia podobnych.

A jak one były dostępne?

W kiosku.

I nikt się na to krzywo nie patrzył? Nikt nie zwracał uwagi?

Nie. Mówiłem: „Wehrmacht i Adler”. I już… Myśmy to regularnie kupowali. Były też zdjęcia z Rosji: jakaś wieś w śniegu i transporter przejeżdżający o świcie… Świetne zdjęcia. To działało na wyobraźnię… Wtedy też zacząłem interesować się sprzętem: Leica…

Gdzie ją widziałeś po raz pierwszy? U żołnierzy? Przecież to aparat marzeń… Czy może ktoś z rodziny ją miał?

Była taka firma Hoffman. Bo był taki fotograf Hitlera, i on miał wszędzie swoje sklepy. Także w Warszawie. Kto wie czy ja tam nie widziałem na wystawie Rolleiflex’a albo Leiki? W każdym razie była sytuacja, że ja już zarabiałem jakieś pieniądze i ktoś sprzedawał Kodak BabyBox, a to już było w zakresie moich możliwości finansowych. Szeroki film.

Wywoływany zapewne w łazience?…

Nie, w zakładzie. Wszystko w zakładzie. Było mnóstwo zakładów w okolicy… Sam aparat zaginął po wojnie. Przetrwał wojnę i zaginął po wojnie. Mama go wyniosła z powstania wiedząc jak to jest dla mnie cenne, w tym jednym tobołku czy walizeczce, zabrała też dużą część moich fotografii 6×9. Nie najmłodsza pani idąc na tułaczkę zabiera walizeczkę…

Czyli ona musiała mieć świadomość jak to jest dla ciebie ważne…

Tak.

A jak to się stało, że cię z nią nie było? Byłeś na Sadybie, o ile dobrze pamiętam…

Tak. Byłem w Szarych Szeregach i dostałem rozkaz. Miałem rozkaz pierwszego sierpnia stawić się na określony punkt. To było w okolicach ulic Złotej i Siennej. Po południu, było nas czterech czy pięciu, dostaliśmy adres w tzw. wsi Wilanów, za pałacem i w lewo, i dostaliśmy rowery, i tuż przed godziną „W” przejechałem rowerem ze Śródmieścia do Wilanowa. Jak znalazłem się na Belwederskiej, na dole, po zjechaniu Belwederską i usłyszałem detonację i nad placem Unii zobaczyłem wybuch. Myśmy dojechali na ten punkt, w którym nas nic nie spotkało, ponieważ na początku powstania był tak nieprawdopodobny bałagan, że mało kto trafił do swojej jednostki. Myśmy nie mieli co tam robić w tym Wilanowie. Tam po raz pierwszy zobaczyłem powstańców, trzech, przeszli z opaskami, jeden miał karabin. Powstanie. Wieczorem nasz drużynowy postanowił wrócić do Śródmieścia, żeby dowiedzieć się co my mamy robić. W nocy wrócił bez informacji, bo doszedł do Czerniakowskiej, do dziś nieistniejącej Stacji Pomp (vis a vis klasztoru), i to było obsadzone przez Niemców, bo był bunkier i bardzo mocny ostrzał. Wrócił i powiedział, że tą drogą przejścia nie ma.

Chcieliście wrócić wszyscy?

Tak, żeby coś robić. Żeby wziąć udział w powstaniu. Wobec tego przesiedzieliśmy w tym domku u ludzi jeszcze jeden dzień i trzeciego sierpnia nasz drużynowy zdecydował, że stamtąd to my musimy się wycofać. Idąc polami w stronę Sadyby zostaliśmy ostrzelani, i ja zostałem ranny kulą. Przesiedziałem wiele godzin w kopce skoszonego zboża. To było skoszone zboże i za nim można się było chować. Zostałem z moim kolegą, a reszta poszła. Dostałem adres na Sadybę, gdzie mam się zgłosić, i tam poszedłem. Na Sadybie nie było jeszcze żadnego powstania. Był taki no-man’s-land. Fort był zajęty przez Niemców, więc trzeba było uważać bardzo, bo strzelali do wszystkiego, co się rusza. Już wówczas był punkt opatrunkowy i organizacja, która się nami zajęła, jakieś panie. Opatrzono mnie i skierowano na kwaterę. Zgłosiliśmy się w miejscowej komendzie, która była jeszcze zakonspirowana. Tylko pseudonimy. To trwało do 19 sierpnia. Dzień wcześniej Niemcy opuścili fort. Sami, bez żadnego ataku, to chyba nie miało dla nich znaczenia strategicznego. Wtedy pojawili się powstańcy z flagami, i wolna Polska. Przyszli, moim zdaniem, z Mokotowa. Co drugi dzień chodziłem na opatrunki. Miałem problemy z bieganiem.

(…)

Ciąg dalszy na: fototapeta.art.pl/2001/trolke.php

Tadeusz Rolke (ur. 1929 w Warszawie), polski artysta fotografik, prekursor polskiej fotografii reportażowej.
Fotografował już podczas II wojny światowej, w czasie powstania warszawskiego. Prawdziwe początki jego twórczości przypadły na lata 50. XX w. Więziony w okresie stalinizmu. Studiował historię sztuki na KUL w Lublinie. W fotografii reportażowej starał się oddawać polską rzeczywistość, tworzyć interwencyjną fotografię reportażową. Zajmował się m.in. warunkami życia Cyganów w podwarszawskich miejscowościach. Rejestrował też życie artystyczne stolicy. Publikował w tygodnikach: „Stolica”, „Świat” oraz w miesięcznikach „Polska” i „Ty i Ja”. Fotografował modę dla „Przekroju”, ukazującego się wówczas w Krakowie. Od 1970 r. przebywał na emigracji w Niemczech. Jego prace znalazły się na łamach „Sterna”, „Die Zeit”, „Der Spiegel” i „Art”. W Polsce ponownie w latach 80. Autor wystaw fotograficznych, m.in.: „Świat to teatr”, „Przemoc, seks, nostalgia”. Przewodniczył jury Konkursu Polska Fotografia Prasowa ’99. Obecnie współpracuje z „Magazynem Gazety Wyborczej” i wykłada na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Jest współzałożycielem wydawnictwa „edition.fotoTAPETA”, mającego siedzibę w Warszawie i Berlinie.
Jest członkiem związku Polskich Artystów Fotografików. 14 grudnia 2009 Tadeusz Rolke został odznaczony złotym medalem Gloria Artis. Mieszka w Warszawie. (źródło: Wikipedia)







Zamek Cieszyn
designalive
desigitpoland

bryla

Powrotnik_eu