Animacje w teledyskach warte obejrzenia

Fleet Foxes:

Peter Gabriel:

I chyba najbardziej znane:

Cieszyn stolicą polskiego dizajnu?

Byliśmy w Cieszynie. Świetne miasto, bardzo nam się podobało. I dużo tam się dzieje. To akurat wiemy z sieci, gdy tam byliśmy było cicho, wiadomo, okolice pierwszego listopada.

Do tej pory tylko czytaliśmy o Zamku Cieszyńskim (Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie) i prowadzonej tam działalności mającej na celu popularyzację dizajnu w Polsce. Również fakt, że w mieście tym znajduje się Wydział Artystyczny Uniwersytetu Śląskiego, a na nim takie katedry jak Katedra Projektowania Graficznego oraz Katedra Grafiki, nie pozostaje tutaj bez znaczenia (http://instytutsztuki.us.edu.pl/).

Ogólnie w mieście dużo się dzieje – organizowanych jest wiele festiwali i imprez artystycznych. Szczególnie dużo dzieje się na Zamku. We wrześniu ruszył projekt „Śląski Klaster Dizajnu – nowa regionalna koncentracja branż kreatywnych”.

Można tam też zobaczyć wystawę czasową Dizajn w Przestrzeni Publicznej – Partycypacja. (do 4.XII.2011).  Należy tez wspomnieć o innej, bardziej ogólnośląskiej inicjatywie Design Silesia, w której Zamek Cieszyn ma swój udział. Organizowanych jest tam również wiele innych wystaw, konferencji, warsztatów i spotkań związanych z projektowaniem graficznym, wzornictwem, rękodziełem oraz przedsiębiorczością i turystyką.

Śląsk zawsze miał ogromne tradycje artystyczne, a świetnie położony, otwarty i bardzo ładny Cieszyn jest dobrym miejscem do działania na polu propagowania dizajnu i przedsiębiorczości.

Patrzenia Sztuka Luc’a X – Aëla Labbé – zmysłowe marzenia déjà vu

Dziesiąty, jubileuszowy odcinek Patrzenia Sztuki Luc’a przedstawia młodą Francuzkę, której estetyka i czucie są mi szczególnie bliskie. Jej wizje to marzenia senne pokazujące przebłyski tego, co dzieje się po drugiej stronie lustra; być może jest to też poszukiwanie straconego czasu lub projekcja utraconego raju. Zdjęcia robione jakby w półśnie odurzają niezwykłym wdziękiem, spokojem, wyczuciem światła i koloru. Historie opowiadane przez Labbé płyną z podświadomości i tam też na długo pozostają lub też od zawsze tam były. Cudowna zmysłowość fotografii młodej Francuzki to, jak sama twierdzi, głównie zasługa jej wieloletniej pasji – tańca – której poświęca się od najmłodszych lat. Studiowała nawet teatr i taniec w Amsterdamie, a po powrocie do Francji zainteresowała się fotografią, która, jak uważa, jest mocno z tańcem powiązana.

Labbé jest samoukiem, który czerpie dużo inspiracji ze sztuki tańca, traktując zdjęcia jako formę choreografii, przywiązując szczególną uwagę do składników kompozycji takich jak ciało, przestrzeń i (bez)czas. Wiele z jej zdjęć to uważnie skonstruowane sceny wypełnione nostalgią za czymś nieuchwytnym, tym uczuciem, które wymyka się słowom, oraz melancholijną muzyką kolorów i światła, które zabierają nas nie tyle do fantastycznych, nierealnych i nieosiągalnych światów, ile do historii déjà vu, do momentów, które choć wydają się bliskie, prawie namacalne i znane, wymykają się osi czasu, dryfując gdzieś na peryferiach snów i marzeń.

Aëla Labbé sama o swojej fotografii mówi: „Dzielenie się moimi wizjami jest potrzebą i celem, do którego dążę stale i nieprzerwanie. Patrząc na nasz świat staram się wydobyć z niego ową magię, która niesie ze sobą nadzieję i marzenia. W ten sposób składam jakby przysięgę sama przed sobą by zawsze opierać się materializmowi i brakowi marzeń.”

http://www.flickr.com/photos/aela/

Poznajecie tego pana??

Nie przepadamy za TESCO (nie robimy tam zakupów) ale za tą reklamę należy ich pochwalić (a raczej ich agencję).  Pierwsza klasa!

Mam nadzieję, że wszyscy rozpoznaliście wielebnego, hehe:)

Patrzenia Sztuka Luc’a IX – G Dan Mitchell – Kolory Kalifornii

G Dan Mitchell to kalifornijski fotograf, który poza sporadycznymi wycieczkami do Europy ogranicza się praktycznie wyłącznie do fotografowania swoich okolic, głównie Sierra Nevada, słynnych lasów sekwojowych, spektakularnych wybrzeży Pacyfiku, niesamowitej Death Valley, kosmicznego Mono Lake, Big Sur, przepięknego parku Yosemite oraz pustynnych krajobrazów na wschód od Sierra Nevada. Mitchell zdecydowanie preferuje kolor ale zdarza mu się też robić zdjęcia czarno-białe.

Jest to fotograf doświadczony, który karierę zaczynał w świecie analogowym; być może to właśnie daje mu owo specyficzne poczucie estetyki nieskażone przesadną edycją zdjęć, a skupiające się raczej na kompozycji opartej głownie na liniach krajobrazu i jego kolorach. Najciekawsze prace Kalifornijczyka to według mnie właśnie te, gdzie udowadnia swoją zdolność do widzenia mniej, czyli więcej. Innymi słowy, potrafi on wykroić z pejzażu coś czego być może nie widać na pierwszy rzut oka, a co jako kawałek tortu robi większe wrażenie niż cały tort ze świeczkami włącznie. Innym atutem Amerykanina jest umiejętność fotografowania detali natury – robi to z minimalistyczną w kompozycji estetyką. Kolory co prawda u niego soczyste, ale często ograniczone jedynie do dwóch lub trzech, co sprawia, że zdjęcia wyglądają czasem jak akwarele. Nie inaczej jest w przypadku jego zdjęć miasta. Mitchell ponadto opatruje swoje zdjęcia wyczerpującymi wpisami, których na pewno nikt poza jego znajomymi nie czyta, gdyż należą raczej do długich, a czasem naprawdę warto, bo oprócz typowych dla dzienników podróży zapisków typu - wstałem dzisiaj o 5, nakarmiłem psa, spakowałem aparat, wsiadłem w samochód i … - są też tam informacje o florze i faunie Kalifornii, która wydała na świat nie tylko słynny na całym świecie napis HOLLYWOOD śniący się co noc wielu z nas, ale też i inne okazy. A najlepsze jest właśnie to, że po obejrzeniu fantastycznych zdjęć Mitchell’a człowieka niespodzianie chwyta czasem chęć dowiedzenia się czegoś więcej o tych magicznie wyglądających miejscach i roślinach, a przede wszystkim chęć zobaczenia tych miejsc na własne oczy, polizania czerwonych liści (am I going too far?) i tak dalej.


Zdjęcia Mitchella pokazują Kalifornię taką jaka jest, bez większych manipulacji w postprodukcji (oprócz saturacji i ostrości), nie ma tam sztucznie tworzonego klimatu jako takiego, nie ma tam drugiego dna ani kreacji autora, jest za to zapis nieprawdopodobnie pięknego kawałka Ziemii, który prawdopodobnie ok 20% populacji tej planety chętnie wpisałaby sobie do paszportu jako miejsce zamieszkania, a jeszcze lepiej: urodzenia, choć niekoniecznie ze względu na wdzięki Yosemite czy Death Valley, a raczej na powszechny bling-bling i gwiazdy wmurowane w pewien chodnik przed kiczowatym (z zewnątrz) Kodak Theater, który, nota bene, odwiedza ponad 10 milionów ludzi rocznie (!). Dobrze, że tylko ułamek tej liczby podąża śladami Mitchella, inaczej z lasów i wybrzeża nic(i).


G Dan Mitchell jest, rzekłbym, klasycznym fotografem natury od którego można nauczyć się bardzo wiele oszczędzając na kursach i studiach wyższych, których pan Mitchell (nawiasem mówiąc) nie posiada, bo fotografii uczył go jego ojciec w latach kiedy problemem był raczej brak informacji (zdjęć?) a nie jej nadmiar. O jego długiej karierze i jej początkach można poczytać tu: http://www.gdanmitchell.com/about-2. Co ciekawe, fotograf opowiada tam jak na początku swojej kariery jeździł w teren obciążony kilogramami sprzętu by potem, nieco zniechęcony (wiem o czym mówi), w jakiś sposób poddać się i przerzucić jedynie na turystyczną fotografię wykonywaną małymi aparatami kompaktowymi. Mitchell w pewnym momencie przestał zajmować się fotografią profesjonalnie (lub pół-profesjonalnie) gdyż przygnębiał go ciężar sprzętu i ogrom pracy wykonywany przy tego typu eskapadach. Uratowała go, jak sam twierdzi, era fotografii cyfrowej, która sprawiła że jeden poręczny aparat jest w stanie wyprodukować zdjęcia o bardzo dobrej jakości. Mitchell wrócił do gry (cieszymy się).


Kalifornijczyk z San Jose posiada co prawda stronę oficjalną, ale według mnie niezbyt czytelną, łatwiej i przyjemniej oglądać jego zdjęcia na flickr.

http://www.flickr.com/photos/gdanmitchell/. Mitchell dobija właśnie do 100 strony na flickr, co oznacza ponad 1 700 fotografii (sic!) – jest więc co oglądać w długie ciemne wieczory.


 







Zamek Cieszyn
designalive